PIĘĆDZIESIĄT TRZY NA SIEDEMDZIESIĄT SIEDEM /cz.2/

 

    Podróże w czasie od zawsze były mrzonką, prawdziwie czystą fantazją. Stanowiły bogatą pożywkę dla książek i filmów. Naukowcy z mądrymi minami twierdzili, że może byłyby możliwe, gdyby nie fakt, że… są niewykonalne. I od razu sypali przykładami, z których naruszenie continuum czasowego stanowiło niezachwiany fundament ich przekonań.

    Tymczasem był ktoś, kto akurat przeoczył sztandarową kwestię naukowców, i do problemu podszedł od zaplecza. Zaczaił się nie od strony naukowej katedry, akademickich wywodów czy podręczników fizyki, a z kierunku niematerialnej duchowości. Japończyk, profesor Ya Tzue Amoto, fizyk nuklearny, chemik i jednocześnie czynny uczestnik Kościoła Żywej Energii w ciągu kilku lat intensywnych badań sformułował wniosek, iż odpowiednio umotywowany umysł ludzki jest w stanie dokonać skutecznego skoku w przeszłość. W charakterze trampoliny, czyli niejako wehikułu czasu, postanowił wykorzystać… klasyczny sen. To właśnie ów specyficzny stan umysłu miał umożliwić przerwanie kręgu teraźniejszości i udanie się w ściśle określony obszar czasu i miejsca. Ponadto podróż w odmiennym stanie świadomości niejako automatycznie rozwiązała całą masę problemów, bezustannie sypanych w wielkie stosy wątpliwości. Paradoks dziadka, interakcja czy jakiekolwiek inne zmiany w obszarze przeszłości przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, bo wyprawa stawała się obcująco – niematerialna.

    Problemem, z początku zdającym się nie do pokonania, stało się właściwe zakodowanie mózgu sennego podróżnika w ten sposób, aby dokonał właściwego i określonego wyboru marzeń. Wszak wiadomo: nikt nie był dotąd w stanie zapanować nad treścią snów. Stawały się projekcją myśli, wypadkową widzianych i zasłyszanych obrazów, lęków, wątpliwości, pragnień, etc. Przełom przyniosło zastosowanie wyciągu z pewnego rodzaju rośliny, występującej jedynie w wąskim, nadbrzeżnym pasie południowej Australii. Podany domięśniowo, powodował zaskakujące zmiany w obszarze kory mózgowej. Rejony mózgu, do tej pory nieaktywne rozpoczynały emisję impulsów elektrycznych, które w sposób uporządkowany dokonywały segregacji zebranych wcześniej w pamięci danych. Wystarczyło by tuż przed zaśnięciem przez minutę intensywnie myśleć o celu misji, by już w pierwszej fazie snu rozpocząć fascynującą drogę poprzez wieki. Pojęcie upływu czasu w tym stanie nie istnieje, dlatego ilość przyjętego wyciągu zostaje ściśle określona przed startem. Pojawił się bowiem uboczny efekt specyfiku – przemęczenie organizmu, graniczące z całkowitym wyczerpaniem sił witalnych. Przedłużana nadaktywność mózgu powodowała gwałtowne, niekontrolowane niszczenie komórek mózgowych. W efekcie pojawiało się fizyczne wyeksploatowanie. Należało zatem uważać na każdy aspekt związany z wyprawą.

    I to właśnie zajmowało teraz moją uwagę. Korzystających ze skomplikowanych algorytmów szybko obliczyłem właściwą dawkę Czasułki oraz ustawiłem impuls zbudzeniowy. Przygotowałem podstawowe dane misji, ułożyłem się wygodnie w Kapsule Podróżnej i pozwoliłem automatom wstrzyknąć roztwór. Od teraz miałem minutę. Przez ten krótki czas musiałem bezwzględnie skoncentrować się na celu wyprawy. Wyobraziłem sobie pracującego mistrza DaVinci, ulice średniowiecznych miast, a nade wszystko twarz Mony Lisy. Jakikolwiek nagły skok myśli mógł spowodować wyboczenie z trasy i skierowanie w nieokreślone strefy historii, dlatego tylko nieliczni posiadali predyspozycje do pracy w Instytucie.

    Zapadałem już w czeluść mroku, gdy w ostatnim ułamku sekundy pomyślałem o Lisell. Straszliwy, niedopuszczalny błąd…

                                 … Wędrowałem ulicami włoskiego miasta. Po intensywnej, głębokiej zieleni drzew poznałem, że trwało gorące lato. Mnie niematerialnego, mijali boleśnie materialni mieszkańcy grodu, ubrani w lekkie, lniane stroje, zakryci przed słońcem kapeluszami z rozłożystym rondem. Zapewne było upalnie, ale niczego nie czułem. Ani żaru lejącego się z nieba, kamyków pod butami czy dotyku mijanych italiańskich piękności. Życie toczyło się tutaj radośnie i nieśpiesznie. Mieszczanie wędrowali powoli, co kilka kroków spotykali znajomych i natychmiast wdawali się w niekończące się dysputy podkreślane szerokimi gestami – niezmienny temperament południowców. Tuż za rogiem natknąłem się na znaną budowlę – kanciate Baptysterium San Giovanni. Byłem u celu, byłem we Florencji. Wtem część ludzi ustąpiła z szerokiej drogi i przesunęła się ku budynkom. Instynktownie uskoczyłem i ja. Chwilę później minął mnie dziwny pojazd. Pędził w chmurze białego dymu, by po paru sekundach zniknąć za okazałą kamienicą. Rozważając wszystkie wątpliwości doszedłem do prostego wniosku: machina przypominała dwudziestowieczny samochód. Najpierw przyszła fala przerażenia, a zaraz po niej pewność – coś poszło nie tak…

c.d.n.

Reklamy