PO KOLANA W SREBRZYSTYM PYLE

 

    Czterdzieści osiem lat temu, po raz pierwszy w bieżącej historii, człowiek wziął w posiadanie miejsce znajdujące się poza obszarem ziemskiego globu.

    20 lipca 1969 roku lądownik Orzeł osiadł na powierzchni Srebrnego Globu, a dzień później Armstrong miał okazję wypowiedzieć słynne słowa o krokach i skokach ludzkości.

    Jakieś dwa i pół roku temu wszedłem w posiadanie modelu z limitowanej serii. Była to figura astronauty nazwanej „Apollo Astronaut On The Moon”, w skali 1/8

    Cieszyłem się bardzo, bo jako żywo figura wpisywała się w dziecięce marzenia o zostaniu w przyszłości kosmonautą. (I co ciekawe, zostałem nim! Datuje się ten fakt na czas pierwszej degustacji napoju wyskokowego). Ale mina mi zrzedła, gdy obejrzałem zawartość nomen omen imponującego pudła. Z mieszanymi uczuciami obejrzałem sporych rozmiarów wypraski z elementami postaci i po krótkiej konfrontacji z dokumentacją fotograficzną, doszedłem do wniosku, że artysta projektujący figurę tak przejął się pracą, że permanentnie pozostawał w niekończącym się stanie nieważkości. Chociaż internet uparcie twierdzi, że model miał swój debiut w 2009 roku, to ja twierdzę, że pochodzi z połowy lat 90-tych, albo nawet wcześniejszych na co wskazuje jego styl i maniera.

    Bez zbędnej zwłoki podjąłem pierwsze, nieśmiałe próby wprowadzenia zmian w zastanej rzeczywistości. Jednak pokonanie oporu materii stawało się coraz bardziej kłopotliwe. A zmiany musiały by być rewolucyjne, bo figura prezentowała wszystko, tylko nie to, co udawała. Kombinezon posiadał na brzuchu jakąś klapkę a’la kangur, a spod owej kieszeni natrętnie, wręcz nachalnie wystawało coś kulistego, co producent zalecał zresztą pomalować na czerwono. (sic!)

    Po pewnym czasie ( nie pamiętam, miesiąc albo ciutek dłużej), który wypełniony był na zmianę szpachlowaniem, wycinaniem, szlifowaniem i rzeźbieniem zwyczajnie zniechęciłem się. Zamierzony efekt nie pojawiał się, a ten osiągnięty nie satysfakcjonował. Figura Armstronga powędrowała do zatem pudła, a pudło wkrótce zniknęło z pola widzenia.

    Dopiero niedawno doznałem jakiegoś niezrozumiałego dla mnie olśnienia i coś, co wlokło się melancholijnie jak obrady Sejmu, wydłubałem w kilkanaście dni. Dokonałem prawie całkowitej zmiany wyglądu kosmity. Przede wszystkim odciąłem hełm i naprędce wyrznąłem głupkowato uśmiechniętą twarz, wyrażającej mimikę zaspokajanego sodomity. Żółtą jak mocz gruźlika osłonę wywaliłem, a nową przygotowałem z plastikowej bombki made in China. Jej zalety to cena, łatwość obróbki i efekt złotej lustrzanej powierzchni. I to było to, co tygryski lubią najbardziej! Następnie przygotowałem przyłącza przewodów (connectors) i przebudowałem plecak. Aby nadać mu pofałdowania okleiłem go białym plastrem z apteki. Przewody wykonałem ze starego kabla od lampek choinkowych i okleiłem niezawodnym plastrem. Buty i rękawice potraktowałem rozwarstwioną chusteczką higieniczną, która w kontakcie z klejem typu vikol pięknie się zmarszczyła i nadała efekt podobny do oryginału. Następnie w miejscach usuniętych podczas prac nitów nawierciłem maleńkie otwory, w które wkleiłem szpilki mające imitować oryginalne zatrzaski. Tu uwaga – aby znaleźć takie z odpowiednio dużym łebkiem, trzeba się najeździć jak głupi. Wreszcie znalazłem – krótkie szpilki do czegoś tam. Nadały się idealnie. Na koniec przygotowałem zegarek imitujący oryginalną Omegę i od podstaw, z kawałka warstwami posklejanego polistyrenu wyrzeźbiłem kamerę. Ta zestawowa jest nieporozumieniem. Figurę pomalowałem czarną matową farbą. Jest to istotne przy ostatecznym sznycie – ciemny podkład pokrywany przy użyciu aerografu (pędzelek odpada w przedbiegach) białą, najlepiej akrylową farbą, pozwala na wyłapanie delikatnych półcieni w wszelkich zagnieceniach i załamaniach kombinezonu. Buty i rękawice pociągnąłem srebrzystym szarym – dokładnie wg dokumentacji fotograficznej. O wykonaniu klamer, zapięć, pasów, zaczepów i innych pierdółek nie piszę, bo pośpicie się, moi Drodzy.

    Na marginesie – stopniowe zagłębianie się w tematykę budziło coraz to nowe wątpliwości. Skafander i wszystkie związane z tym szczegóły techniczne można przyrównać do znalezienia laptopa w grobowcu Królowej Jadwigi. Konstruktorzy musieli uporać się z problemami, które były wtedy czysto hipotetyczne (promieniowanie, temperatura). To samo z lądownikiem, procesem jego osiadania na Księżycu i późniejszy start. Ha! A samo połączenie w kosmosie z modułem dowodzenia, przelot przez atmosferę i wodowanie. Prawie cud, zwłaszcza, jeżeli dysponuje się komputerem wielkości sporego pokoju, o mocy obliczeniowej dzisiejszego kalkulatora.

    Paliwa do ognia wątpliwości dolało znalezisko wdowy po Armstrongu. (Ach, te trajkoczące wdowy typu Kiszczakowa). W niewielkiej skrytce, w 2015 roku znalazła torbę z misji Apollo 11, a w niej sporo drobiazgów, w tym historyczną kamerę, która sobie na Globie używali. Waga całości – ok 15 kg. Dziwne, bo każdy gram pobranej próbki gruntu musiał oznaczać pozostawienie na księżycu grama wyposażenia. A tu taki dodatkowy czamadan. I to bezczelnie przemycony po kwarantannie. NASA to bagatelizuje, a ja tak sobie mniemam, że ktoś tu komuś nakręca makaron na uszy.

    Figura w przyszłości stanie na niewielkiej księżycowej dioramie, a przy wyciągniętej jak po jałmużnę ręce wbiję flagę USA. Obowiązkowo pomarszczono – pogniecioną, toczka w toczkę, jak na zdjęciach z kosmosu.

Figura wykonana przez producenta. Z daleka i niska rozdzielczość. To się rozumie!

Revell_0020_Apollo_0020_ASTRONAUT_0020_on_0020_the_0020_Moon_0020_Set_0020_95-04826

Pan o za słodkim usmiechu. Zwraca uwagę coś wielkiego (długiego), co wypycha kieszonkę.

IMG_8475

Zacząłem od podeszew butów. Paski polistyrenu naklejone i przygotowane do szlifowania.

IMG_8473

Kamera przed dłubaniem i hełm z nową osłoną.

   Kamera gotowa, pierwsza warstwa farby podkładowej. Obok tzw. mount, czyli szyna mocująca do skafandra. Wykonana z pudełka po czymś do konsumpcji.

IMG_9365

Pierwsze prace malarskie.

IMG_9344-001

IMG_9406

IMG_9354-001

IMG_9410

IMG_9411

   Efekt końcowy – 24,5 centymetrowa  figura w ostrym świetle słońca. Wydaje mi się, że takie same ostre cienie powinny występować na zdjęciach z epoki. A tam takie wszystko podświetlone, że aż miło patrzeć…