OSIEM, JAK NIESKOŃCZONOŚĆ

   Marzec to taki miesiąc, że ni go w kij ni w oko. Cokolwiek to znaczy. Niby wciąż zima, niby na horyzoncie wiosna, a wszystko jakieś takie rozmyte i wyszarzałe. No to wymyślono Dzień Kobiet. Kiedyś, dawno temu, zasadniczo miało to znaczenie symboliczne. Bo wiadomo: macierzyństwo, płodność i tym podobne też musi mieć swoje święto. Ale czasy żeglarzy, co do domu wracali dziesięć lat, skończyły się bezpowrotnie. Zatem wykombinowano, aby święto stało się synonimem równouprawnienia. To też hucpa. Baby rządzą światem od chwili, gdy zaczęto buszować w paprociach, i to pozostaje niezmienne. Niektórym burzyło to krew w żyłach i przyprawiało o zaparcia w obrębie kiszki stolcowej. Do władzy dorwała się zatem kamaryla starych, zwiotczałych staruchów i realizując osobiste niechęci sprawiła, że kobiety stały się wtórnym sortem ludzkości. Odebrano im oczywiste prawa, lokując je bardziej lub mniej celnymi kopniakami w kuchni i przy kołysce. Właściciele cylindrów poczuli się dowartościowani. To dla nich ustawiano urny wyborcze i mozolnie wznoszono burdele. Tam dawali sobą pomiatać, oczywiście w sposób kontrolowany. Świat wydawać się zaczął poukładany według boskiego wzorca patriarchatu. Coś poszło jednak nie tak, bo któregoś dnia baby wzięły sprawy w (nomen omen) swoje ręce i świat się rozregulował. Nadal daleko jest do tak zwanej sprawiedliwości i dlatego wciąż istnieje Dzień Kobiet.

   Tam rozmyślałem sobie dzisiaj, spoglądając przez okno na nasłoneczniony świat. I wtedy coś przykuło moją uwagę. Był to brak, lub też niedostatek tego czegoś. Aż pojąłem! No tak, kiedyś Dzień Kobiet to było coś. W zasadzie od rana dawało się zauważyć dżentelmenów o nieco nadwątlonym wzroku i bełkotliwym chodzie. Trzymali najczęściej tak zwane reklamówki wypełnione niepokojąco brzęczącym towarem. Tuż po południu ci sami panowie, bohatersko pokonując siłę ciążenia, zmierzali do domów. Ocierając się o ostre krawędzie budynków, trzymali dziarsko w spracowanych dłoniach pęk goździków, przekładany trawiastą zieleniną. Kwiaty, może już nie pierwszej świeżości, może styrane tak samo, jak owi dzielni kowboje, były widomym symbolem oddania się pod władanie małżonek oczekujących z gorącym obiadem. Inni, o szczęśliwcy, trzymali skryte w czeluściach kieszeni, obok chusteczki i otwieracza do butelek, pudełko z rajstopami. Ci mogli liczyć na więcej. Może nawet na… jednego mielonego więcej.

   A dzisiaj? To już nie to samo. Esemesik, szybki numerek… telefonu, wiecheć prosty i tandetnie cukierkowy. I już, po wszystkim. Dzień Kobiet odfajkowany. Amen.

   Machnąłem ręką. Upadek moralności na planecie małp…

__________________________________________________