W PROKURATURZE. WSPÓŁCZEŚNIE

screenshot065.png

 


– Została pani wezwa…to jest… poproszona w charakterze świadka, w sprawie pani wiadomej. Czy to jest dla pani jasne?

(Po krótkiej chwili).

– Chyba tak…

– To znakomicie! (Głośno i zdecydowanym tonem) Zatem zaczynamy. Proszę opowiedzieć wszystko od początku.

– Znaczy… od dzieciństwa?

– Łaskawa pani raczy żartować. Proszę nie marnować mojego czasu, bo jak rozumiem, pani swojego ma aż nadto…( Końcówka nieco z przekąsem, raczej cicho, pod nosem). – Oczywiście od chwili poznania doktora eM.

– Ach, rozumiem. No cóż… doktora eM poznałam przypadkiem jakieś… pięć lat temu. Był wtedy w zastępstwie pani doktor, tej…jak jej było… No widzi pan, zapomniałam. Słaby lekarz, słaba o nim pamięć. Weszłam do niego jakaś taka nieufna, niezdecydowana. Nawet z początku chciałam zrezygnować, ale szkoda mi było miejsca wysiedzianego w kolejce. A on tak na mnie wielkimi oczami spojrzał, jak nikt inny, jak nigdy wcześniej. No, ujął mnie. Zbadał, osłuchał, znów się uśmiechnął i receptę wypisał. Po tej wizycie czułabym się wspaniale, gdyby nie fakt, że jak mnie rwało wcześniej, tak rwało dalej… (Chwila ciszy, łzy kapiące na blat biurka, narastające poczucie smutku).

– Później, jak rozumiem, były kolejne wizyty?

– Bez wahania przepisałam się do doktora (entuzjastycznie), a nawet namówiłam do tego samego koleżankę z majowego, obywatelkę Obuch Gertrudę.(Z lekkim tonem dumy w głosie).

– Jak przebiegały badania?

– Jak zawsze. Czyli wspaniale. Proszę pana, doktor eM jest taki… taki…powabny. Wie pan , szczupły, wysoki, ze wspaniale zapoczątkowaną łysiną czołową. I z tym łagodnym, chłopięcym spojrzeniem.

– Opis można sobie darować, miła pani. Ważny jest przebieg leczenia. Proszę się na tym skupić, dobrze?

– Dobrze. No badał, badał, potem patrzył, uśmiechał się delikatnie. I coś pisał i pisał, a na końcu receptę podawał i znów uśmiechał się.

– A co przy tym mówił?

(Zawahanie) No, rzecz w tym, wie pan, że… nic nie mówił.

– Tak bez słowa do pacjentki? (Intensywne zdziwienie).

– Ano…bez. Milczał. Ani słowa…

– A czy pani skarżyła się na swoje dolegliwości?

– Jakże by nie? Mówiłem, że z oddechem jakoś tak ciężko, że w kolanach cierpnie, że…

– A co on na to? (Wejście w pół słowa z obawy przed litanią chorób i dopustów).

– A on? On dalej swoje… Uśmiechy, spojrzenia takie, wie pan, przepraszające i tyle.

– A nie myślała pani o zmianie lekarza?

– Uchowaj boże! Gdzie ja bym drugiego takiego sympatycznego spotkała!? (Z euforią).

– I co było dalej?

– Dalej? No cóż, wie pan przecież. Któregoś dnia wszystkie te wizyty u lekarza zwyczajnie mi zobojętniały.

– Rozumiem. W takim razie dziękuję za przybycie. (Stanowczo, ale uprzejmie).

– Proszę szanownego pana…można o coś zapytać?

– Prosz…(Rodzaj wyższości, zaakcentowany niedokończonym słowem. Znad dokumentów).

– Po co to wszystko? Po co jeszcze ja..?

– Zmiany, zmiany, zmiany – jak mawiał klasyk. Aparat ścigania, podobnie jak wcześniej sądowniczy, został gruntownie zmieniony. Na większą chwałę suwerena. W tym systemie doktor Garlik M. już nie uniknie odpowiedzialności. Nie słyszała pani o tym? ( Głębokie, niekłamane zdziwienie.)

– Nie…

– A tak… w istocie. W pani sytuacji to zrozumiałe. Jeszcze raz dziękuję za przybycie. To chyba najbardziej ze wszystkich, udany seans spirytystyczny.

___________________________________________________________________________

Grafika:internet

Reklamy